**Publiczna Szkoła Podstawowa Nr 23** *****im. Wojsk Ochrony Pogranicza***** ***************w Wałbrzychu***************

Aktualności

24 kwietnia 2020 08:57 | Aktualności

Biblioteka szkolna poleca!

encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcS...

Najwyższa góra świata

Anna Onichimowska

Opis

To jest dla tych, małych i trochę większych, którym czasem jest smutno i którym nie zawsze układa się tak, jak by chcieli. Czyli, myślę sobie, że „Najwyższa góra świata” jest dla Was wszystkich. Bo nigdy nie jest tak, żeby zawsze, w każdej chwili, wszystko układało się dokładnie tak jak trzeba. A jeśli nawet są wśród was tacy szczęśliwcy, to na pewno znacie innych, którzy miewają kłopoty. Bo nie chcę Was oszukiwać, że można się bez nich obyć. Ale trzeba się nauczyć z nimi żyć. I przezwyciężać różne smutki: zarówno wielkie, jak i malutkie. Życzę Wam, żebyście ich mieli jak najmniej!

 

Szczegóły

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie

iOS

czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Windows
10

Windows
Phone

Liczba stron: 178

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie

iOS

Czas: 4 godz. 37 min

Lektor: Mirella Rogoza-Biel



Fragment

Najwyższa góra świata

 

To się zdarzyło zimą. Byłam wtedy jeszcze małą dziewczynką i nosiłam wielkie kokardy przypięte na czubku głowy. Moja mama pracowała jako pielęgniarka w szpitalu, często miała dyżury i nie wracała na noc do domu. Dzwoniła wtedy do mnie wieczorem i mówiła mi coś miłego na dobranoc.

– Moja mała córeczka – ucieszyła się, kiedy odebrałam telefon. – Co robisz? – Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie robię, nie mogłam sobie przypomnieć i trwało to widocznie dosyć długo, bo mamusia zniecierpliwiła się trochę i spytała: – No, dlaczego nic nie mówisz?

– Nie wiem – powiedziałam zgodnie z prawdą.

– Zostaję dzisiaj na dyżurze – westchnęła. – Ale wrócę jutro rano i pójdziemy na sanki. Co ty na to?

– Dobrze – zgodziłam się. – Na dużą górę? – wolałam się upewnić.

– Tak, tak – roześmiała się mama, a po chwili dodała śpiesznie: – Muszę kończyć, Urszulko. Opiekuj się babcią – zażartowała na pożegnanie, cmoknęła w słuchawkę i już jej nie było.

Zwykle, kiedy rozmawiałam z mamusią, stała nade mną babcia i też chciała coś powiedzieć. Teraz nie przyszła, pobiegłam więc do jej pokoju i zobaczyłam, że siedzi w fotelu, a na jej kolanach leży robótka na drutach.

– Babciu – powiedziałam – dzwoniła mamusia. I wróci jutro rano. I pójdziemy wtedy na sanki, na dużą górę.

Babcia uśmiechnęła się do mnie leciutko, ale nie poruszyła się wcale i trochę się przestraszyłam.

– Chodźmy, babciu, do kuchni – pociągnęłam ją za rękę. – Ugotujemy kakałko.

– Troszkę później – wyszeptała babcia. – Wiesz, nie najlepiej się czuję – przyznała po chwili.

– Będę się tobą opiekować – obiecałam, przypominając sobie słowa mamusi.

– To dobrze – westchnęła babcia i poprosiła mnie: – Podaj mi, Ulu, tę miseczkę z lekarstwami ze stolika. I przynieś mi z kuchni szklankę mleka.

Zrobiłam wszystko, tylko trochę mleka wylałam na podłogę, ale wytarłam zaraz, żeby babcia nie widziała.

Babcia łyknęła kilka różnych tabletek i jakiś płyn z buteleczki i powiedziała, żebym pooglądała sobie telewizję. Było już po dobranocce i zawsze o tej porze leżałam w łóżku, więc pomyślałam sobie, że coś się babci pokręciło i znów trochę się przestraszyłam. Włączyłam nawet telewizję, ale tam dwóch panów o czymś rozmawiało i wcale nie było to ciekawe. Znów zajrzałam do pokoju babci. Siedziała wciąż na fotelu, z przymkniętymi oczami i głową opartą na małej poduszeczce.

– Babciu – szepnęłam.

– Baw się, baw – mruknęła, otwierając na chwilę oczy.

– Już późno – powiedziałam niepewnie. – Nie będziemy jeść kolacji?

Babcia nic nie odpowiedziała, zauważyłam tylko, że uśmiecha się jakby do siebie i nuci coś, czego słów nie udało mi się rozróżnić.

„Opiekuj się babcią" – przypomniały mi się znów słowa mamusi. Stanęłam przy oknie. Chciałam zobaczyć, czy dużo śniegu napadało, ale nic nie było widać, bo na szybie wyrosły wielkie, srebrne osty. Próbowałam wydłubać między nimi, a potem wychuchać małą dziurkę, ale i tak nic nie było widać. Tylko to, że jest ciemno i pusto. Poczułam się nagle okropnie samotnie. Zadzwonię do mamusi, postanowiłam.

Obiecałam jej, że nie będę nigdy dzwonić, chyba że zdarzy się coś bardzo ważnego, bo mówiła, że przeszkadzam jej w pracy. Nie byłam pewna, czy to, że jest mi samotnie, jest bardzo ważne czy nie, ani czy jest bardzo ważne to, że babcia siedzi i sobie nuci, zamiast położyć mnie spać, ale wykręciłam numer mamusi i czekałam, aż ktoś odbierze telefon. Czekałam bardzo długo, chyba z siedem razy zadzwoniło, zanim podniosła słuchawkę jakaś pani. Powiedziałam swoje imię i nazwisko i że chcę rozmawiać z mamusią.

– Co się stało? – usłyszałam po chwili jej zaniepokojony głos. – Dlaczego jeszcze nie śpisz?

– Nie gniewaj się – powiedziałam na wszelki wypadek.

– Nie gniewam się – zdziwiła się mama. – Dlaczego nie śpisz? Gdzie jest babcia?

– Babcia siedzi w fotelu – szepnęłam.

– Nie słyszę. Mów głośniej – poprosiła mama.

– Babcia siedzi w fotelu – powtórzyłam. – Opiekowałam się nią.

– To dobrze – roześmiała się. – Poproś ją do telefonu.

– Nie mogę. – Poczułam w gardle nagły ucisk. – Ona nie wstaje.

– Jak to?!

– Siedzi i coś sobie śpiewa. Ale bardzo cicho. – Czułam się tak, jakbym powierzała mamie jakąś tajemnicę.

– Zaraz przyjadę – powiedziała mama. – Bądź grzeczna. Czekaj na mnie i nic nie rób, dobrze?

– Dobrze – zgodziłam się. – Ale mogę się opiekować babcią? – spytałam na wszelki wypadek.

– Zaraz będę! – krzyknęła mama i odłożyła słuchawkę.

Podeszłam na palcach do pokoju babci i zajrzałam przez szparę w drzwiach. Siedziała tak jak poprzednio, tylko oczy miała szeroko otwarte i wydawało się, że mi się przygląda.

– Jestem, babciu – powiedziałam wchodząc. – Dzwoniłam do mamusi. Przyjedzie do nas, wiesz?

– Mądra Ula – szepnęła babcia. – Ach, jaka mądra. Moja mądra, duża wnusia.

Usiadłam koło niej na dywanie i bawiłam się frędzlami jej chusty. Próbowałam pozaplatać je w warkoczyki, ale nie bardzo mi wychodziło. Zresztą nie miałam dużo czasu do próbowania, bo ledwie zdążyłam opowiedzieć babci, jakie gęste osty wyrosły na szybach, zazgrzytał klucz w zamku i do mieszkania wpadła mama z jakimś panem w białym fartuchu. Mama też miała pod kożuchem biały fartuch i wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle. Pocałowała mnie tak jakoś nieuważnie i od razu pochyliła się nad babcią.

– Wyjdź, kochanie, z pokoju – poprosiła mnie i zamknęła drzwi.

Przyniosłam swój stołeczek, ustawiłam na wprost drzwi i czekałam.

– Połóż się do łóżka – powiedział obcy pan, wychodząc z pokoju. – Już bardzo późno – dodał, jakbym tego nie wiedziała i zaczął gdzieś dzwonić. Zrozumiałam tylko, że podał nasz adres i że jeszcze ktoś miał do nas przyjechać.

– Kto przyjdzie? – spytałam.

– Babcia jest chora – przykucnął i poklepał mnie po dłoni. – Musi iść do szpitala. Trzeba jej zrobić różne badania. I trzeba ją tam zawieźć. Mój samochód się do tego nie nadaje. Przyjedzie inny, większy. Babci będzie w nim wygodnie. Będzie mogła sobie leżeć, rozumiesz?

– Tak – kiwnęłam głową. – Do szpitala mamusi? – spytałam jeszcze.

– Tak – przyznał pan w białym fartuchu. – Tylko że na inny oddział. No, wejdź na chwilę do babci, jeśli chcesz, i pożegnaj się.

– Babciu – przytuliłam się do niej, a ona głaskała mnie po głowie i znów coś sobie nuciła. Bardzo cichutko.

Poczułam, że nie jest mi już samotnie. Słyszałam – z coraz większego oddalenia – melodyjkę babci, tykanie dużego, stojącego w kącie zegara i kroki mamy po pokoju. Zasnęłam.

Czasem jakieś wydarzenie wydaje się tak świeże, jakby zdarzyło się wczoraj, z innego zostają tylko strzępy obrazów, pojedyncze słowa.

Tak samo z historią choroby mojej babci. Jedne dni mam przed oczyma tak blisko, że nawet nie muszę się starać, aby je przywołać, inne zatarły się z biegiem lat, zgubiły w tłumie innych dni, innych wspomnień.

Niedługo po odwiezieniu babci do szpitala wrócił ojciec. Był mechanikiem na statku i ściągnęli go z morza. Szczęśliwie, pływał akurat po Bałtyku i było to możliwe. Pamiętam dzień, kiedy wrócił.

Jeszcze spałam, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Zerwałam się zaraz, bo usłyszałam głos taty i pobiegłam na bosaka do przedpokoju. Całowali się akurat z mamusią, chociaż jego walizki stały wciąż za drzwiami, a do mieszkania wlatywało zimne powietrze. Kiedy tylko mnie zobaczył, chwycił na ręce i podniósł aż pod sufit.

– Moja druga kobieta – powiedział i przyjrzał mi się uważnie. – Urosłaś – postawił mnie na podłodze. – Słyszałem, jaką mam mądrą córkę – pochwalił mnie, ale zaraz zauważył moje bose stopy i kazał mi iść po kapcie.

Jak wróciłam, znów witali się z mamusią, tylko walizki były już w środku i drzwi były zamknięte.

– Zostaniesz z nami? – spytałam.

– Na razie tak – powiedział, a widząc moją minę, roześmiał się. – No co, nie jesteś zadowolona?

– Bo powiedziałeś: „na razie". – Spuściłam głowę, bo zrobiło mi się przykro.

– Wiesz, że pracuję głównie na statkach – rozłożył ręce tatuś, a ja kiwnęłam głową, że wiem. – Nie martw się. Teraz przez najbliższe dni będziemy się tu rządzić we dwójkę, ty i ja. Dobrze będzie?

– A mamusia? – spytałam z niepokojem.

– Mamusię wyślemy do pracy – roześmiał się tatuś. – Niech pozarabia trochę pieniążków.

Tutaj mamusia też się roześmiała, a potem zrobiła dla siebie i tatusia kawę, a dla mnie kakao, siedzieliśmy wszyscy razem na kanapie i przytulaliśmy się do siebie, a mama opowiadała o babci. Że już lepiej się czuje, niedługo pewnie wróci do domu, chociaż tak w ogóle, to – jak się wyraziła – rokowania nie są dobre.

– Co to znaczy? – zaniepokoiłam się, bo tatuś od razu posmutniał, jak tylko to usłyszał, i zapalił papierosa.

– To znaczy – zawahała się mamusia – że babcia nigdy już nie będzie zupełnie zdrowa.

– Będzie cały czas w fotelu – domyśliłam się.

– Nie – pokręciła głową mama. – Będzie chodziła. Ale niedużo.

– A na spacer? – chciałam wszystko wiedzieć.

– Zobaczymy – uśmiechnął się tatuś i puścił kółko z dymu. – Pójdziemy ją dzisiaj odwiedzić. Wszyscy razem. Można? – Spojrzał pytająco na mamusię.

– Nie bardzo. – Wykonała nieokreślony ruch ręką. – Chyba że na chwilkę – zmiękła, widząc moje błagalne spojrzenie.

Babcia wcale nie wyglądała, jakby miała chodzić na spacery. Leżała w łóżku i była podłączona do różnych rurek i słoików. Jak nas zobaczyła wszystkich razem, zaczęła płakać. Tatuś powiedział mi później, że to ze wzruszenia. Porozmawialiśmy trochę, ale nie bardzo długo, bo babcia szybko się męczyła i musiała mieć spokój.

– Nie martw się, babuniu – szepnęłam jej na pożegnanie wprost do ucha. – Oni mówili, że niedługo wrócisz do domu.

Mamusia chodziła do pracy czasem rano, czasem po południu. Starała się zawsze, żebyśmy mieli z tatusiem przygotowany obiad, bo on umiał tylko smażyć jajecznicę i ugotować ziemniaki, a nie chciało nam się jeść w kółko tego samego. Cały czas leżał puchaty śnieg i chodziliśmy na sanki. To znaczy ja zjeżdżałam na sankach, a tatuś na nartach. Nie jeździł bardzo dobrze, bo często się przewracał, ale mówił, że chce się nauczyć i że moja góra jest do tego w sam raz.

Mama codziennie opowiadała nam, co słychać u babci i tata też prawie codziennie tam biegał. Kupowaliśmy jej różne rzeczy, które lubiła: czekoladę i pomarańcze, soki i dużo kolorowych pism do czytania. Mama kupiła też nową granatową włóczkę i zamówiła sobie u babci sweter. Powiedziała nam, że to specjalnie, żeby babcia miała co robić i się nie nudziła.

Byłam jeszcze dwa razy u babci w szpitalu. Za pierwszym razem ucieszyłam się, że nie wystają już z niej te wszystkie dziwne rurki, za drugim – że podnosi się z łóżka. A potem babcia wróciła do domu.

Ale nie było już tak jak dawniej. Na babci łóżku stale leżała pościel, przykrywana tylko kocem, a do jej pokoju przybył malutki telewizor, który tatuś pożyczył od swojego kolegi.

– Będziesz musiała pójść, córeczko, do przedszkola – powiedziała mamusia. – Będziesz tam miała towarzystwo i nowe zabawki – zachęcała mnie. – Wszystkie twoje koleżanki z podwórka chodzą do przedszkola.

– Nie wszystkie – zaprzeczyłam. – Nie chodzi ani Ania, ani Ela...

– W przyszłym roku pójdziesz już do szkoły – przypomniała mi mama. – Będzie ci łatwiej, jeśli przyzwyczaisz się do przedszkola.

– Chcę być z babcią – powiedziałam stanowczo. – Będę się nią opiekować. Sama mnie kiedyś prosiłaś.

– Tak – poprawiła mi na głowie kokardę. – Pamiętam. Byłaś wtedy bardzo dzielna...

– No właśnie – przerwałam jej. – Przecież mamy telefon. I tatuś jest w domu. I ty często jesteś...

– Tatuś będzie musiał wrócić do pracy – westchnęła mama.

– Jutro? – zaniepokoiłam się.

– Nie – uśmiechnęła się mama. – Ale kiedyś będzie musiał.

– Pojedziesz ze mną na wakacje? – spytałam babcię, siadając na brzegu jej łóżka.

Babcia leżała pod kołdrą i udawała, że ogląda telewizję. Wiedziałam, że nie patrzy, bo to był mecz piłki nożnej, a babcia nigdy nie interesowała się sportem.

– A chciałabyś? – spytała.

– No pewnie – zdziwiłam się. – Bez ciebie nie pojadę – powiedziałam stanowczo.

Na wakacje jeździliśmy zawsze do starego, drewnianego domu, który stał w środku lasu. Było tam bardzo mało ludzi. Pod sam próg przybiegały zające, a jeże przychodziły całą rodziną napić się mleka z wystawianych specjalnie dla nich miseczek.

– A co ja tam będę robić, Uleńko? – spytała babcia i zobaczyłam, że ma bardzo smutne oczy. – Jaki ze mnie pożytek? Ani wody nie przyniosę, ani do sklepu nie pójdę, z gotowaniem... różnie bywa, zależy, jak się czuję... Nawet na grzyby nie będę mogła iść...

– Postawimy ci łóżko pod drzewami – powiedziałam. – Będziesz sobie patrzeć na niebo i na drzewa. I na jeże – przypomniałam sobie. – Wiesz, zakupy to ja już sama umiem robić. Wczoraj kupiłam chleb, masło i cukier. Powiedz, babciu, że pojedziesz...

– Do lata daleko... – zamyśliła się babcia. – Kto wie, co jeszcze się zdarzy?

– No właśnie – klasnęłam w ręce. – Do lata to ty, babciu, będziesz już biegać!

– Biegać... – powtórzyła babcia i roześmiała się.

Wtedy ja wyobraziłam sobie babcię – nie wiem dlaczego – z siatką na motyle, jak biegnie przez wysoką trawę, i też zaczęłam się śmiać. Tak śmiałyśmy się obie i śmiały, aż wszedł tatuś, popatrzył na nas ze zdumieniem i pokręcił głową.

– No, no – powiedział. – Co wam tak wesoło, babeczki?

To nas znowu okropnie rozśmieszyło. Kiedy już wyśmiałyśmy się, babcia spojrzała na mnie z czułością i powiedziała:

– Jesteś moim najjaśniejszym promyczkiem.

– Chodź, promyczku – zachęcił mnie tatuś. – Mama przygotowała dla babci coś pysznego. Będzie jej bardzo smakowało, jeśli to ty jej podasz.

Pamiętam, że właśnie po tej rozmowie zaroiło się w moich snach od motyli. Były różne. Małe i wielkie, bardziej i mniej kolorowe, a pojawiały się zawsze w towarzystwie babci, na wielkiej, zielonej łące.

To było w niedzielę. Pojechałam z mamusią w odwiedziny do cioci Ali, a tato został z babcią. Ciocia Ala ma dwie córki, które już chodzą do szkoły, psa, kota i mały domek z ogródkiem na przedmieściu. Najpierw poszłyśmy wszystkie razem na spacer, a potem mama z ciocią szykowały obiad, a my lepiłyśmy bałwana. Właśnie kiedy szukałam węgielka na jego drugie oko, zobaczyłam, jak mamusia biegnie do furtki.

– Mamusiu! – zawołałam, ale ona zamachała mi tylko ręką i pobiegła do autobusu.

Wróciłam do domu cioci, a razem ze mną wrócił pies. Narobiliśmy mnóstwo czarnych śladów, ale ciocia chyba nawet tego nie zauważyła, mimo że normalnie rozdaje wszystkim szmaty pod obuwie i bardzo dba o czystość. Miała zaczerwienione oczy i mieszała coś w dużym garze.

– Gdzie poszła mamusia? – spytałam.

– Rozbierz się, Urszulko, zgrzejesz się – powiedziała ciocia, nie przerywając mieszania.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Przeczytano: 66 razy. Wydrukuj|Do góry